Opuszczony saloon, w kątach tlą się jeszcze gdzieniegdzie lampy naftowe, zmierzające bezlitośnie do swego kresu. Podmuchy wiatru na zewnątrz nawet w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu wprawiają od czasu do czasu płomienie w drganie. Skutkiem są nieoczekiwane cienie, przemykające się po ścianach, w posępny sposób ożywiające miejsce. Wydawałoby się, że nikt się już nie zjawi, zwłaszcza że cały dzień padało. Cały dzień, cały dzień wczorajszy, przedwczorajszy i przed przedwczorajszy i jeszcze wcześniej. Pada nieprzerwanie, powodując występowanie rzek z brzegów i zalewanie miasteczek, mających to nieszczęście znajdować się w pobliżu zbiorników. Tama, jedyna tama w okolicy, też już podobno długo nie wytrzyma naporu żywiołu, tak mówili wszyscy klienci.
- Jeśli tylko nie przestanie padać, zapora pęknie, a fala zmiecie i nas - powtarzali między sobą, posępnie popijając alkohol.
Podobno widziano już pierwszych uciekinierów, szukających schronienia i przeganianych z miasteczka do miasteczka. Stoję oparta o błyszczącą ladę, polerowaną ruchem automatycznym, bez refleksyjnym. Wszystkie szklanki są ustawione w równym rządku w barku. Nic nie zapowiada Twojej wizyty. W chwili, gdy już mam oderwać się od blatu i ostatnim spojrzeniem pożegnać bar, otwierają się drzwi wejściowe. Nie sposób pomylić tego dźwięku z żadnym innym - ciężkie drewno, namoknięte od zewnątrz deszczem, na dodatek zawiasy przeraźliwie skrzypią. Nieruchomieje, nie spodziewałam się absolutnie nikogo. Każdy przy zdrowych zmysłach od dawna siedzi w swojej izbie, starając się w towarzystwie kompana bądź butelki odpędzić złe myśli. Ale nie Ty. Los chciał, że akurat mój saloon wybrałeś na miejsce postoju. Zamykasz drzwi za sobą i odwracasz się w moją stronę. Widzisz mnie - zastygłą w bezruchu kobietę, bacznie się we Ciebie wpatrującą. W oczach plącze się niepewność z ostrzeżeniem. Intuicja podpowiada Ci, że gotowa byłabym stanąć nawet do walki ze Tobą, gdybym tylko przez chwilę poczuła się zagrożona. Wciąż stoisz zatem przy drzwiach. Ściągasz skórzane rękawice, odpinasz powoli wszystkie osiem guzików płaszcza, podwójnie ciężkiego przez te wielodniowe nawałnice. Zsuwasz go z ramion i rzucasz na najbliższe krzesło. Zsuwasz kapelusz z czoła na czubek głowy i ruszasz w moim kierunku. Towarzyszy Ci ten charakterystyczny dźwięk - stukot obcasów o drewniany parkiet i brzęczenie ostrogami. Próbuje złapać Twoje spojrzenie, ale bezskutecznie. Zmierzając w moją stronę, wpatrujesz się jedynie w etykiety na butelkach, mrużąc przy tym oczy. Po chwili siedzisz naprzeciwko mnie, łokcie na blacie, plecy zgarbione, wzrok wciąż pochłonięty wyborem alkoholu. W końcu zachrypniętym i zmęczonym głosem prosisz:
- Dwie butelki najlepszego burbonu. Jedna dla Pani, druga dla mnie.
Mrugam oczami ze zdumienia. Nie dlatego, że klient stawia mi drinka (bo nie takie propozycje słyszałam od mieszkańców), ale dlatego, że szklanka burbonu nie należy do tanich, a co dopiero butelka. Twój wyraz twarzy ani drgnie. Nawet nie próbuje podejrzewać, że żartujesz. Wiatr na zewnątrz wzmaga się, kolejne setki kropel deszczu uderzają w okna. Za chwilę jednak odzyskuje rezon:
- Dziękuje, nie pije …
- Lepiej niech Pani pije. Po co ma się zmarnować?
- Zmarnować?
- Tak jest, proszę Pani. Tama tej nocy nie wytrzyma. I jak Pani myśli, ile czasu potrwa, zanim woda zmyje cały ten saloon?
- Lepiej niech Pani pije. Po co ma się zmarnować?
- Zmarnować?
- Tak jest, proszę Pani. Tama tej nocy nie wytrzyma. I jak Pani myśli, ile czasu potrwa, zanim woda zmyje cały ten saloon?
Znów gasnę, najgorsze oczekiwania się sprawdziły. W takiej sytuacji nie pozostaje mi już nic innego, jak faktycznie zacząć popijać burzona w towarzystwie nieznajomego. Jeden mój obrót i na ladzie już stoją dwie butelki i dwie szklanki. Sięgasz po jedną i napełniasz najpierw moje naczynie potem swoje. Później następna kolejka. I jeszcze jedna. Z każdym łykiem świadomość, że do uderzenia pozostało już niewiele godzin ustępuje ciekawskim i rozgrzewającym myślom, że przecież wypicie burbonu nie musi być ostatnią szaloną rzeczą, jaką zrobiłam w tym saloonie... Przyglądasz mi się, od czasu do czasu zamienimy ze sobą kilka słów. Z każdą wymianą zdań bardziej błyszczą mi się oczy, rumienią policzki. W świetle mrugających lamp wyglądam teraz o wiele bardziej kobieco, tak też się zachowuje. Zmniejszył się między nami dystans, siedzę bliżej Ciebie, częściej się uśmiecham. W tym uśmiechu jest coś, czego już dawno, podczas swej wielodniowej wędrówki nie widziałeś. Patrzę na Ciebie i też dostrzegam w Tobie coś, czego już dawno nie widziałam. Czego już dawno nie doświadczyłam, mimo, że wokół mnie zawsze kręciło się tylu mężczyzn. Pojawia się znikąd myśl, że wśród wszystkich miejsc, w których się kochałam, nie ma mojego miejsca pracy. I że wśród wszystkich moich kochanków nigdy nie było prawdziwego nieznajomego, którego zdecydowałabym się uwieść w ciągu kilku godzin. Zawsze było to wbrew mym regułom, ale teraz, kiedy nie mam pewności, czy zbliżającego się ranka jakiekolwiek reguły będą miały jeszcze sens … postanawiam zrobić pierwszy krok. Kładę swą drobną dłoń na Twojej. Czujesz jej dotyk. Patrzę na Ciebie spod powiek, drugą dłonią podpierając swój podbródek i kołysząc się na obcasach. Czujesz lekkie drapanie paznokciami po nadgarstku, czujesz, jak chwytam powoli Twego kciuka i niespiesznie ciągnę go ku sobie. Oboje wiemy, jak to się skończy. I żadne z nas nie protestuje. Jednocześnie nachylamy się przez ladę, całujemy się w usta. Ich miękkość mnie zaskakuje, jeszcze bardziej zaskakują mnie Twe ząbki, drapieżnie łapiące mą dolną wargę. Równie śmiało poczyna sobie Twój język, najpierw zaczepiający, a następnie to przylegający do mojego, to znów znikający i każący na siebie długo czekać. Przez ciało przechodzi mnie dreszcz. Wsuwasz dłoń w me włosy, dotykasz skóry głowy, bezwiednie opieram się o Ciebie. Jesteś już na moim nagim karku, już za moim uchem, już na podbródku. Wiesz, jak domagam się pieszczot, jak chcę być głaskana, jak chcę, byś się mną zajmował. Szepczesz mi do ucha:
- Taka Pani jak Ty dostanie tej nocy wszystko, czego zechce.
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz