17 października 2008 r
Trzymając się za ręce spacerowaliśmy po ścieżkach parku. Słońce choć już nisko, ogrzewało nasze twarze ciepłymi promykami. Purpurowo-złote barwy jesieni otulały nasze ciała. Strącaliśmy z drzew kasztany, które spadały nam pod nogi. Biegaliśmy po dywanie kolorowych liści. Chowałam się Tobie za drzewa, a Ty udawałeś, że nie wiesz gdzie jestem. A gdy mnie już znalazłeś, cieszyłeś się jak dziecko i niewinnie całowałeś me usta. Jesień, czas złotych liści. Wieczór szybciej przychodzi i noc staje się coraz dłuższa. Słychać było kroki chłodu, które zmusiły nas do powrotu do domu. Gdy mgła otuliła księżyc, siedzieliśmy już wygodnie pod kocem, trzymając w rękach gliniane kubki z grzanym winem. W pokoju paliły się świece, w powietrzu unosił się dym – dym namiętności. Z głośników cichutko sączyła się muzyka Raya Charlesa. Ciemna noc spowiła nasze nagie ciała, tańczące w cielesnym tańcu pożądania. Twoje smukłe i silne dłonie pieściły moje jędrne piersi, Twe usta podążały do nabrzmiałego sutka. Ująłeś go wargami i delikatnie ssałeś, czasami drażniąc językiem. Skrępowałeś me ciało swymi pocałunkami. Byłam bezsilna i drżąca. Moje usta przy Twoim uchu szeptem prosiły byś we mnie wszedł. Zdejmowałeś dreszcze z mej gorącej szyi. Twe gorące, wilgotne usta spijały z mych ust naszą miłość. Twój dotyk dłoni stawał się coraz śmielszy. Opuszkami palców zataczałeś kręgi na mym ciele. Delikatnie wślizgnąłeś się w moje rozgrzane wnętrze. Zadrżałam pod falą ciepła. Oblizałam lubieżnie usta, moje oczy patrzyły półprzytomnie, rozpalone pieszczotą jak płomienie. Ich błysk zdradzał przyjemność, jaką mi dawałeś. Czułam Cię całym ciałem, każdym zmysłem, każdym nerwem. Byłam głodna Twych pieszczot, byłam głodna Ciebie. Kochałeś mnie delikatne i namiętnie, spokojnie i długo. Godzina minęła jak minuta. Twe rytmiczne ruchy bioder otwierały drogę ku zapomnieniu. Powietrze stało się gęste i ciężkie, a oddechy jednym oddechem się stały. Nasze ruchy nabrały tempa, były szybszy, dziksze, nieokiełznane. Serca biły jak szalone, oddechy szybkie, przerywane. Ciała wspólnie wiły się w rozkoszy. Ciche jęki przerodziły się w dziki krzyk. A gdy nadeszło nasze wspólne apogeum, opadliśmy obłąkani rozkoszą, spleceni w jedno ciało, w jedną duszę. Drżąc z upojenia, otuleni ciepłem rozgrzanych ciał, zasnęliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz